RSS
  • Za co powinno się wieszać ludzi na koncertach? (na przykładzie OFF Festivalu 2014)

    5. Aug. 2014, 9:24

    Fri 1 Aug – OFF Festival 2014

    Festiwal dobry, ale ludzie kurwy
    Podczas przyszłych edycji OFFa (podejrzewam, że lista przyda się również na innych festiwalach) proponuję wieszać ludzi za:
    1. Śpiewanie durnej melodyjki Scootera (tudzież każdej innej melodyjki, nie wiadomo co komu strzeli do glowy w przyszłym roku) pod scenami, w czasie koncertów
    2. Palenie papierosów w tłumie - jeżeli nie potrafisz wytrzymać półtorej godziny bez fajki w gębie to po prostu odejdź na bok i nie rób tego w namiocie, w ścisku
    3. Urządzanie sobie wesołych zabaw typu "pociąg" (tak, chodzi mi o to co się działo na Afrykańczykach z Beninu) - fajnie, że się dobrze bawicie, tańczcie sobie, podrygujcie, ale to jest niesamowicie wkurwiające jak co chwilę ktoś się koło ciebie przeciska w radosnej ekstazie, a w tym przypadku był to spory tłum, który co jakiś czas wędrował mi tuż przed nosem, poszturchując wszystkich dookoła.
    4. Przychodzenie pod samą scenę na koncerty wykonawców, których się zupełnie nie zna i wychodzenie po 5 minutach przy akompaniamencie głośnego narzekania, że to jakaś głupia muzyka i lepiej jednak iść na piwo
    5. Robienie kupy obok dziury, na podłogę toi-toia. Nie kłamię, tak było.
    To chyba wszystko, mogłem sobie na bieżąco robić notatki, może by było więcej.

    A poza tym festiwal fajny, najlepsze Japoneczki z Nisennenmondai, szugejzujące Slowdive (jak się Rachel uśmiechała to mi się tak ciepło na sercu robiło), Holden, Fuck Buttons, Kaseciarz, Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou (grubas z trąbką to mój nowy idol) i Deafheaven.
    Żałuję, że nie byłem na Bo Ningen. Bardzo żałuję.
  • UFF Festiwal - spanie na patelni

    6. Aug. 2013, 17:44

    Thu 1 Aug – OFF Festival 2013

    W zeszłym roku napisałem reckę to i w tym napiszę. Jak nikt nie przeczyta to przynajmniej ja sobie będę mógł po jakimś czasie do tego wrócić i powspominać udany festiwal. Bo był udany, chyba nawet w tym roku bardziej mi się podobało niż w zeszłym. Nie było jakichś okropnych zgrzytów w lineupie (oprócz Skalpeli i Bohrenów, ale nie żałuję ani trochę tego, że olałem Niemców na rzecz Ninja Tune), żaden koncert mnie nie rozczarował na tyle, że miałbym z tego powodu płakać i popełniłem tylko jeden błąd przy wybieraniu koncertu (ale o tym później). Chyba to nie był dobry pomysł, żeby żywić się głównie w strefie gastro, ale trudno, spodziewałem się, że wydam dużo pieniędzy, więc wcześniej oszczędzałem, żeby mi nie było szkoda wydawać pieniędzy na zbyt drogie żarcie.
    Tyle słowem wstępu.

    Dzień zerowy - Czwartek
    Przyjechałem na pole namiotowe, bez żadnych kolejek i problemów odebrałem festiwalowe opaski po czym poszedłem rozbić namiot. Potem na jakąś przekąskę i picie do Reala, bo słońce nie daje ostatnimi czasy żyć, no i spacerkiem do centrum na pierwsze koncerty.

    Labyrinth Ear
    IMO błędem było zrobienie tego koncertu na ulicy zamiast w klubie. Pełno przypadkowych ludzi, ciągle ktoś przechodził, szturchał, głośno rozmawiał, gwar i muzyka z sąsiednich ogródków... Zmyłem się jak tylko skończyłem piwo i zrobiłem się głodny. Na płytach (w zasadzie to jednej epce, bo więcej nie słuchałem) brzmią dużo lepiej, chociaż może gdyby było w środku, a nie na zewnątrz to bardziej by mi się podobało.

    Daniel Higgs
    O tym człowieku wiedziałem tylko tyle, że ma zajebistą brodę i solowo śpiewa jakieś folki. Zamówiłem więc sobie piwo i usiadłem na kanapie czekając na koncert. Światła zgasły, rozmowy ucichły - zaczęło się. Plumkanie na banjo i teksty pełne przesłania były nawet niezłe, ale z racji tego, że kanapa była bardzo wygodna to zacząłem trochę przysypiać. W każdym razie, doświadczenie całkiem ciekawe.

    The Skull Defekts
    Po solowym występie Higgsa nadszedł czas na kolejny jego występ, tym razem nie w formie spokojnych folkowych rzeczy, a destrukcyjnym i bezkompromisowym nojzowo rockowym graniem. Koncert pełen energii i mocy, bardzo dobre, surowe brzmienie. Niestety przez zmęczenie nie wytrwałem do końca i zwinąłem się na pole jakoś w połowie koncertu. Trzeba było zachować sił na "właściwy" festiwal.

    Dzień pierwszy - Piątek

    Fuka Lata
    Spóźniłem się trochę na ten koncert więc był dla mnie jeszcze krótszy niż w ogóle był. Szkoda, że dostali akurat ten slot, bo to był jeden z lepszych koncertów z tych wczesnych występów. Powiedziałbym, że to taka grzeczna i pozbawiona narkotyków wersja Crystal Castles (których bardzo lubię) i na pewno chętnie wybiorę się zobaczyć ich jeszcze raz, jak będę miał okazję.

    Stara Rzeka
    Tytana Niezalu nie mogłem przegapić, zwłaszcza, że bardzo lubię ten projekt i długo czekałem na debiutancką płytę. Koncert był niezły, ale jednak na albumie brzmi lepiej. Szkoda, że Kuba Ziołek miał tak mało czasu na pokazanie swojej twórczości, bo na pewno by się jeszcze bardziej rozkręcił.

    Mikal Cronin
    Mikala Cronina przed ogłoszeniem go na OFFa nie znałem i trochę się ociągałem z przesłuchaniem płyty, jak przeczytałem co gra. W końcu jednak ściągnąłem i posłuchałem i aż byłem zaskoczony, że tak bardzo mi się MCII podobało. Na koncercie zagrał przyzwoicie, fajna dawka pozytywnej energii, dodatkowo kobieta przede mną miała zajebiste nogi i zmysłowo ruszała biodrami.

    Hokei
    Początkowo planowałem zobaczyć występ zespołu Hera, ale z racji tego, że było bardzo gorąco w namiocie eksperymentalnym to poszedłem oglądać koncert na powietrzu. Nie żałowałem decyzji, bo dostałem solidną dawkę mocnego, gitarowego grania. Życzę chłopakom jak najlepiej i muszę gdzieś dorwać ich płytę.

    Woods
    Szkoda mi było poświęcać Dope Body dla koncertu Woods, ale w końcu wybrałem to, co znałem dosyć dobrze i czego słuchałem już na długo przed OFFem. Słyszałem opinie, że dają nudne koncerty - mnie nie znudzili, bardzo przyjemnie mi się tego na Scenie Leśnej słuchało.

    Cloud Nothings
    To był jeden z moich dylematów tegorocznego OFFa - Cloud Nothings czy The Soft Moon. W końcu jednak wybrałem to pierwsze. Zagrali całkiem fajnie, posłuchałem sobie wszystkich ulubionych kawałków. Podobno na Soft Moon było bardzo dobrze, ale jakoś nie żałuję decyzji.

    Buke and Gase
    Tutaj byłem tylko chwilę, posłuchałem trzech kawałków, żeby potem przenieść się na Leśną. To co zobaczyłem bardzo mi się podobało, na żywo brzmią chyba jeszcze lepiej.

    Girls Against Boys
    Jakoś nigdy ich wcześniej nie słuchałem i nie miałem nawet w planach iść na ten koncert, ale ostatecznie zachęcił mnie znajomy i opis w książeczce festiwalowej. Pomyślałem sobie, że zobaczę kawałek i najwyżej wrócę na Eksperymentalną, ale ostatecznie zostałem do końca i chyba niedługo będę fanem zespołu. Jeden z lepszych punktów OFFa.

    Guardian Alien
    Kosmos. Tego nie da się inaczej opisać. Nie mam pojęcia, skąd ten perkusista ma w sobie tyle energii. Planowali zagrać tylko jeden kawałek (bo mięli na to godzinę czasu, a ich utwory są bardzo długie), ale zaczęli szybko i skończyli po jakiejś pół godzinie. Szybka narada, co grać dalej i powrót do psychodelicznej podróży na krańce kosmosu. Odlot. Czołówka festiwalowych koncertów.

    Alunageorge
    Fanem Smashing Pumpkins nie jestem i nigdy nie byłem (zresztą, nigdy nawet nie słuchałem ich albumów), więc nie miałem żadnego dylematu i poszedłem na AlunaGeorge. Aluna jest ładna, George daje dobre podkłady i chyba tyle. Dobrze się bawiłem, ale na płytach brzmią zdecydowanie lepiej (przynajmniej wokal Aluny, bo podkłady nie były jakoś zmienione czy rozwinięte).

    Blondes
    Na początku trochę się obawiałem, że Scena Leśna to nie jest odpowiednie miejsce dla tego duetu, ale bardzo szybko moje wątpliwości zostały rozwiane jak zaczęli grać. Coś mi tylko z basami nie pasowało, ale to jedyne, do czego się mogę przyczepić przy tym koncercie i to nawet nie był problem wykonawców. Bardzo fajni są na żywo, mogliby jeszcze wrócić do Polski zagrać w jakimś klubie.

    Dzień drugi - Sobota

    Frozen Bird
    Poszedłem, bo nie miałem co robić. W sumie to nawet nie pamiętam tego występu - jednym uchem wleciało, a drugim wyleciało. Pamiętam tylko, że to jakieś delikatne indie folki były.

    Piotr Kurek
    Pamiętając zeszłoroczny występ Piętnastki popędziłem na solowego Kurka bo spodziewałem się dobrego koncertu i tak też było. Zagrał bardzo dobrze,szkoda tylko, że tak krótko i że było tak gorąco, bo przez to nie wszedłem do namiotu tylko słuchałem z zewnątrz.

    Furia
    Bardzo chciałem zobaczyć, jak wygląda blackmetalowy występ na OFFie. Śmiesznie. Podszedłem na chwilę, zobaczyłem smutnych panów bez koszulek z corpsepaintem, uśmiechnąłem się w duszy i poszedłem powłóczyć się po terenie festiwalu. W strefie gastro niestety musiałem słuchać smętów UL/KR, ale jakoś to przetrwałem.

    Metz
    Solidna porcja rockowego hałasowania. Nie jestem jakimś fanem zespołu, ale na koncercie zabrzmieli przyzwoicie i mi się podobało.

    KTL
    Co prawda to nie Sunn O))), ale i tak fajnie było zobaczyć Stephena O'Malleya na żywo i skończyło się na tym, że wszedłem w świetny trans wsłuchując się w muzykę. Jak dla mnie to mogli grać dwa razy dłużej.

    To, na co wszyscy mówili Solange - The Paradise Bangkok Molam International Band
    Smutna była dla mnie wiadomość, że siostry Beyonce nie będzie, ale potem przeczytałem nazwę tego, co ma grać za nią. Nie było aż tak świetnie, jak się spodziewałem i generalnie to koncert spędziłem popijając piwo w strefie gastro na leżaku, ale i tak zagrali całkiem fajnie. Chętnie bym sobie ich jeszcze w domu posłuchał, ale nie wiem, skąd Rojek ich wytrzasnął, bo nie mogę znaleźć żadnych nagrań.

    Mark Fell
    Na płytach były przeciętne glicze i jakoś specjalnie mnie nie ciągnęło na ten koncert, ale z racji tego, że alternatywą były wyjce z Brutal Truth to poszedłem do namiotu eksperymentalnego. Bardzo dobrze zrobiłem, bo Fell zagrał świetnie i zuważam to za jeden z lepszych punktów festiwalu. Tylko czemu tak krótko?

    Julia Holter
    Zbojkotowałem The Walkmen za brak eksperymentów na eksperymentalnej i poszedłem do namiotu Trójki. Julii Holter jakoś dużo nie słucham, bo na płytach mnie nie porywa aż tak, ale koncert dała bardzo ładny. Złapała kontakt z publicznością, wyszła nawet zabisować i nie przynudzała nawet przez moment. Czekam na nową płytę.

    Skalpel
    Największy dylemat OFFa - Skalpel vs. Bohren & der Club of Gore. Pomyślałem, sobie, że Bohreny na festiwalu to chyba nie jest najlepszy pomysł i powinno się ich słuchać na leżąco, najlepiej w trumnie, więc poszedłem oglądać występ Polaków. Drugi najlepszy koncert OFFa. Świetne wizualizacje, elektronika robiona na żywo, a nie z laptopa, doskonały pomysł z klawiszami i perkusją. Ten występ będę pamiętał jeszcze długo. Szkoda tylko, że tak mało koncertują.

    Godspeed You! Black Emperor
    Z racji tego, że kiedyś bardzo się jarałem post-rockami z GY!BE na czele to poszedłem na ten koncert, chociaż spodziewałem się nudów. Tak też było - zagrali fajnie, ale bez szału. Wolałbym pójść na jakiś normalny ich gig, w klubie, a nie na festiwalu.

    Austra
    Przyznam się, że to był koncert, na który najbardziej czekałem, bo jestem dużym fanem Austry i Katie Stelmanis. No i się trochę przeliczyłem. Bardzo się cieszę, że udało mi się ich zobaczyć na żywo i nawet załapałem się na podpis Katie i Mai na płycie, ale sam występ był taki sobie. Może stanąłem w złym miejscu, bo zaraz pod głośnikiem, z lewej strony sceny, a może to wina jakichś debili, którzy wepchnęli się tuż za mną, chociaż nie było miejsca, i od razu zaczęli komentować tyłek Kasi, to że ten koleś to chyba pedał, co jedli na obiad i inne pierdoły. No trudno, odczekam jakiś czas i znowu będę próbował zaliczyć jakichś ich koncert, może do tego czasu się wyrobią (albo ja się ogarnę i przestanę mieć jakieś wygórowane oczekiwania, bo sam nie wiem, co mi tak nie pasowało).

    Dzień trzeci - Niedziela

    We Draw A
    Na płycie mi się bardzo podobali, takie nowe, lepsze Kamp!. Na koncercie było równie dobrze, szkoda tylko, że pora nieodpowiednia, bo mogli ich dać jak było ciemniej (albo chociaż do namiotu Trójki).

    Babadag
    Myślałem, że będzie słabo i poszedłem tylko dlatego, że nie miałem co robić. Nie było tak źle, jak się okazało, trochę nawet potupałem nóżką w takt muzyki.

    Gówno
    Fajny pankrok, co tu dużo mówić. Teksty o robieniu rewolucji mogliby sobie darować, ale za to duży plus za Ewę Braun (kower i apel o reaktywację). Zostałem do końca, dobrze się bawiłem.

    Autre Ne Veut
    Tutaj też mi się bardzo podobało, ale tę kobietę to mógł jakąś lepszą sobie znaleźć. W każdym razie - chyba zabrzmiało nawet lepiej niż na płycie (która, jak dla mnie, była bardzo fajna).

    Japandroids
    Lubię nawet to ich indie rockowe granie i ucieszyłem się, jak zostali ogłoszeni na OFFa, ale koncert jednak nie był taki fajny, jak myślałem, że będzie. Momentami było zbyt monotonnie, kawałki zlewały się ze sobą i brzmiały zbyt podobnie.

    Fucked Up
    Słuchałem jakichś pojedynczych kawałków Fucked Up przed festiwalem, żeby sprawdzić, co to w ogóle jest i myślałem, że na to nie pójdę, ale okazało się, że alternatywą jest Molesta (a ja nigdy nie byłem ziomeczkiem i za młodu gardziłem hip hopem, więc nawet nie znałem za bardzo ich utworów), a poza tym na samym festiwalu usłyszałem sporo opinii, że dają niezłe koncerty. Poszedłem więc z ciekawości i bardzo pozytywnie odebrałem ten występ. Spóźniłem się chwilkę, więc nawet nie widziałem wokalisty. Spodziewałem się, że gdzieś tam z przodu jest w tłumie, bo wiedziałem, że lubi wychodzić do publiczności, aż tu nagle pojawił się tuż obok mnie i przybijał piątkę akustykowi. Takich rzeczy to jeszcze nie widziałem, jak najbardziej występ na plus.

    Thee Oh Sees
    Bardzo fajne, wesołe granie. Sporo opinii czytałem/słyszałem, że najlepszy koncert festiwalu i coś w tym jest. Byłem już dosyć zmęczony i niewyspany, więc chyba nie doceniłem tego w pełni, ale i tak grali na tyle fajnie, że nie chciałem już iść na Super Girl & Romantic Boys, chociaż początkowo planowałem iść na nich i nawet nie zawracać sobie głowy Thee Oh Sees.

    Fire!
    Deerhuntera słuchałem w zasadzie tylko na ostatniej płycie i jakichś pojedynczych kawałków i mnie nie zachwycili, więc nie miałem tutaj żadnego dylematu. Fire! natomiast dali jeden z najlepszych koncertów OFFa. Nojz oparty na jazzie, świetna perkusja, wprawiający w trans bas, wszystko to mnie zachwycało od początku do końca. No i wyciszenie na końcu było wisienką na torcie.

    Goat
    "Voodoo, pieprzone voodoo", jak to było napisane w festiwalowej książeczce. GENIALNY koncert. Na żywo dają niesamowite show (przebieranki, dzikie tańce), a muzyka brzmi jeszcze lepiej niż na albumie. Szamańska magia, tego się nie da opisać słowami, trzeba przeżyć. Zdecydowanie najlepszy koncert OFFa i chyba nawet najlepszy koncert, na jakim kiedykolwiek byłem.

    My Bloody Valentine
    Ja wiem, że to shoegaze, ja wiem, że ściana dźwięku i głośny koncert, ale naprawdę nie dało się tych wokali zrobić chociaż odrobinę słyszalnych? Fajnie było zobaczyć ich na żywo, koncert też nie był zły (zwłaszcza, jak zmieniłem pozycję i odbierałem z poziomu gleby), ale trochę teraz żałuję, że nie poszedłem jednak na Mykki Blanco.

    Veronica Falls
    Największy mój błąd. Poszedłem na Veronica Falls, kiedy w tym samym czasie grał John Talabot. Nie wiem, czy to przez zmęczenie, czy przez to, że wcześniej mi już hałasowali MBV, ale to wydawało mi się takie sobie (chociaż na albumach nawet lubię to ich proste granie).

    Fatima Al Qadiri
    Dzikie pląsy, posiedziałem 15 minut, pobujałem się trochę do rytmu. Fajne nawet, ale chciałem jeszcze zobaczyć ostatni występ na festiwalu.

    Austra DJ Set
    Set bardzo fajny, ale po zeszłorocznym Forest Swords na zakończenie festiwalu to chciałbym już tylko senną elektronikę jako ostatni koncert. Dorian puszczał za to spoko hausiki, szkoda tylko, że nic nie kojarzyłem (byłbym wdzięczy za setlistę, albo chociaż pojedyncze kawałki, które poleciały). Powiksowałem chwilę i poszedłem spać, bo jeszcze trochę i bym zasnął na stojąco.

    Pozamuzycznie
    Bardzo fajnie, że było stoisko T-Mobile, gdzie można było podładować sobie telefon, szkoda tylko, że odbywało się to w takich godzinach, że musiałem kursować między terenem imprezy, a polem namiotowym.
    Plus również za darmowe wi-fi, chociaż nie udało mi się z niego skorzystać, bo połączenie było strasznie wolne i mi się odechciało.
    Afterparty z didżejami mogło być dobrym pomysłem, ale jak się raz przeszedłem zobaczyć, o co tam chodzi to poczułem się jak na jakimś zlocie harcerskim, gdzie zamiast chłopaka z gitarą był koleś z laptopem.
    Artur Rojek chyba nigdy nie był na polu namiotowym, więc skąd mógł wiedzieć, że ludzie lubią się wykąpać i fajnie by było dostawić przynajmniej jeszcze jeden rząd pryszniców.
    Samo pole też jest niestety niefortunnie ulokowane, bo spać się dało do ósmej, najdalej do dziewiątej, bo jak słońce zaczęło grzać w namiot, to temperatura była nie do wytrzymania. Jak będę chciał pojechać za rok to chyba się jednak rozejrzę za jakimś alternatywnym spaniem.
    Polityka wnoszenia wody przedziwna, za to przynajmniej strażak z wężem był, to można się było trochę schłodzić (i nawet nie zrobiło się dużo błota, czego się obawiałem).

    To by było chyba na tyle.
  • Też byłem na OFFie

    8. Aug. 2012, 11:40

    Thu 2 Aug – OFF Festival 2012


    To był mój pierwszy OFF i mam nadzieję, że nie ostatni. Na atmosferze festiwalowej raczej się nie będę skupiał, kto był, ten wie jak to wyglądało. Dobre żarcie, toi-toie w porządku, jak na toi-toie, kolejek pod prysznic nie było jak ktoś wiedział, gdzie się należy ustawić, za mało otwartch kas w Realu i słońce nie dające rano spać. Trudno. Wyspałem się po powrocie do domu.

    Najlepsze koncerty, na które wybrałbym się jeszcze raz z wielką przyjemnością:

    Colin Stetson - Pan na saksie dał niesamowity popis umiejętności, płuca to on ma chyba ze stali. Prawie godzina awangardowego jazzowego grania zrobiło moim uszom bardzo dobrze. Kanadyjczyk równie dobrze posługuje się instrumentem większym od niego jak i standardowych rozmiarów. Pełna profeska.

    Chromatics - Jak dla mnie trzeci najlepszy punkt programu OFFa (oprócz Piętnastki i Swans, ale o tym później). Melancholijne synth popy poprzeplatane disco to po prostu miód na uszy. Przy "Kill for Love" aż mi się chciało płakać. Wykonanie "Running up that hill" idealne. Żałuję tylko, że nie udało mi się dopchać się pod samą scenę.

    Pissed Jeans - oprócz denerwującego pogo i ludzi latających mi nad głową koncert był świetny. Panowie dali z siebie wszystko, aczkolwiek nie wyglądali (w szczególności wokalista) na zbytnio świadomych. Pełna moc i energia. Cały czas obawiałem się najgorszego ze strony zespołu (a nie było to raczej negatywne odczucie), a mianowicie, że zaczną się rozbierać czy robić inny rozpierdol - to by było w ich stylu.

    The Wedding Present - Prawie cały koncert przeleżałem na trawie i z tej pozycji bardzo przyjemnie odbierałem tę muzykę. Seamonsters na żywo brzmi świetnie. Zespół zagrał bez rewelacji, ale poprawnie. Pogadali trochę z publicznością, pograli, pośpiewali i obiecali powrót do Polski. Dla mnie bomba.

    Piętnastka - Drugi najlepszy koncert. Gdyby grali dłużej to może byłby najlepszy. Nawet wczesna pora nie przeszkadzała jakoś w odbiorze muzyki. Czysta psychodelia, mógłbym tego słuchać całymi dniami i pewnie nigdy by mi się nie znudziło.

    Battles - Ci panowie wiedzą jak się daje występy. Utwory na żywo brzmią jeszcze energiczniej niż na albumach. Nawet nie wiem co tu się rozpisywać - chyba jeden z lepszych zespołów live. Byłem tylko trochę zawiedziony zgolonym wąsem.

    Swans - Koncert, na który czekałem od momentu ogłoszenia ich jako artystów występujących na OFFie. Najlepszy punkt programu bez dwóch zdań, nie zawiodłem się ani trochę. Mocne granie, wprawiające w trans wdzierało się do mózgu i siało tam spustoszenie. Aż się zapomniałem w sobie i odleciałem w jakieś dziwne krainy. Szkoda tylko, że tak krótko, to jednak nie jest zespół, ktory potrafi się zmieścić w mniej niż dwóch godzinach grania, żeby pokazać pełną klasę. Mam nadzieję, że wrócą w najbliższym czasie do Polski zagrać w jakimś klubie.

    Inne koncerty, na których byłem, i które mi się podobały:

    kIRk - Pierwszy koncert, który zaliczyłem. Nie zawiodłem się ani trochę, dokładnie tego się spodziewałem - nieco mrocznych i niespokojnych improwizacji. Dobrzy ludzie to są, polecam.

    Demdike Stare - Trochę mnie zawiedli, ale to zdecydowanie przez wczesną porę. Mogli dobrać set z mniejszą ilością dark ambientu a więcej techno. Niestety akurat kiedy się rozwinęli popędziłem na ostatnie minuty Converge i tutaj już się nie zdążyłem wkręcić w klimat występu więc przez własną głupotę nie skorzystałem ani na jednym, ani na drugim koncercie. Wielki błąd z mojej strony.

    ANBB - Z jakichś przyczyn, teraz nie pamiętam dokładnie jakich, nie byłem na całym koncercie. A szkoda, bo Alva i Blixa grali bardzo dobrze. Chciałbym kiedyś zobaczyć solowe popisy Alva Noto ale dobre i to. Ważne, że zaliczyłem trzy moje ulubione utwory anbb.

    Bardo Pond - Nie wiem skąd niepochlebne opinie o tym koncercie. Jak dla mnie zagrali przynajmniej przyzwoicie. Może trochę za mało fuzzu i improwizacji ale jeśli chodzi o to pierwsze to istniało ryzyko, że dźwięki się zbyt mocno zleją i będzie nieczytelnie, natomiast jeśli chodzi o improwizacje to pewnie ograniczał ich czas. Członków zespołu odebrałem bardzo pozytywnie, nie wiem jak w dalszej części namiotu, ale pod sceną atmosfera wydawała się być bardzo kameralna i przyjemna.

    Atari Teenage Riot - W życiu bym nie przypuszczał, że pójdę na koncert ATR. Nie słucham ich i w zasadzie to nawet nie lubię, ale tak się jakoś złożyło, że przechodząc pod leśną sceną, zdążając na koncert Shabazz Palaces zatrzymałem się posłuchać jednej piosenki, poszedłem dalej do namiotu ze sceną eksperymentalną, ale coś mnie wciąż nękało i wróciłem oglądać Atari i zostałem już do końca koncertu. Nie potrafię wytłumaczyć fenomenu tego zespołu.

    Andy Stott - Poprawne techno, w zasadzie nie potrafię nic więcej napisać. Podobało mi się, ale bez jakichś większych rewelacji. Zmyłem się po pół godzinie, żeby obejrzeć Containera.

    Container - Gruba wiksa, głębokie basy i transowe przeżycia. Bardzo fajnie, szkoda, że pewnie to był jego jedyny raz w Polsce. Chociaż kto to wie?

    Beneficjenci Splendoru - Tym koncertem otworzyłem drugi dzień festiwalu i byłem mile zaskoczony. Utwory słuchane na żywo jakoś bardziej wpadają na ucho niż na albumach a Marcin Staniszewski pozbierał całkiem sympatyczny skład do koncertowania. Szkoda, że zabrakło im czasu na ten ostatni kawałek.

    Kristen - Podobało mi się. W zasadzie tylko tyle pamiętam z tego występu. Jak będę miał okazję, to chętnie pójdę jeszcze raz bo słyszałem opinie, że na OFFie nie pokazali wszystkiego, na co ich stać.

    Thurston Moore - Tak jak się spodziewałem - przyzwoity koncert, bez żadnej rewelacji. Skrycie liczyłem na jakąś bombę od Sonic Youth na bis, ale niestety nic takiego nie nastąpiło. No cóż, widać Thurston jednak definitywnie pożegnał się z tamtym zespołem. Fajne hałaśliwe improwizacje.

    Iggy and The Stooges - Fanem Iggy'ego Popa nie jestem, ale to trzeba przyznać, że dziadki nieźle się trzymają. Gdyby tak nie patrzeć na scenę to można było odnieść wrażenie, że jest się znów w latach 60. na koncercie jakichś dwudziestolatków. Idealnym podsumowaniem tego występu było pokuśtykanie basisty The Stooges za scenę, gdy skończyli grać. I to był koniec dnia drugiego bo postawiłem na spanie zamiast oglądania grubego rapera.

    Jacaszek - W zasadzie dopiero o 17 rozpoczął się dla mnie trzeci dzień, jeśli nie liczyć występu Piętnastki. Koncert Jacaszka był bardzo przyjemny, dobrze robił uszom, co tu więcej pisać.

    Ty Segall - Nie miałem w planach oglądać tego koncertu, ale tak się złożyło, że właściwie nie miałem nic lepszego do roboty. Poszedłem, posłuchałem, popatrzyłem się na scenę i poszedłem. Nic specjalnego.

    Papa M - W zasadzie na ten koncert wybrałem się głównie dlatego, że to w przecież członek Slint, ale skończyłem wygodnie się rozsiadając i chłonąc muzykę, która bardzo przypadła mi do gustu.

    Kanał Audytywny - Szkoda, że rozpoczęli z poślizgiem i było tak duże parcie na Kim i Iuke bo posiedziałem przed sceną mBanku tylko chwilę, żeby sobie zająć miejsce w miarę blisko sceny na następnym koncercie. A sam Kanał? Tak jak się spodziewałem - były przebieranki, paplanina L.U.C.a i dobre hip hopy. Występ na plus.

    Kim Gordon & Iuke Mori - Rozczarowaniem był tu jedynie czas trwania, bo to, co będzie grała na tym koncercie spodziewałem się już wcześniej - słuchałem wcześniej co nieco na albumach i na YouTubie. Eksperymentalne brzdąkanko widać jednak nie jest dla każdego bo tłum się trochę przerzedził po pierwszych minutach.

    Fennesz & Lillevan - Z racji tego, że koncert Swans się przedłużył i zostałem jeszcze później popatrzeć trochę jak muzycy składają swoje instrumenty, występu Fennesza widziałem tylko pół godziny i nie znalazłem sobie całkiem wygodnego miejsca na podłodze. Mimo wszystko było to świetne wyciszenie po gigu Łabędzi.

    Africa Hitech - Tutaj znowu opóźnienie, poczekałem cierpliwie, pograli, pobujałem się chwilkę i poleciałem na następny koncert.

    Forest Swords - Bardzo fajna smutna wiksa, ale niestety przez zmęczenie nie dane mi było docenić tego w pełni. Może jeszcze kiedyś się uda zobaczyć na żywo. I tym akcentem zakończyłem festiwal.

    Koncerty, na których się zawiodłem:

    Mazzy Star - To jednak nie jest muzyka na festiwale. Bardzo lubię głos Hope Sandoval i jej projekty, ale tutaj się troche znudziłem. Po Fade into you poszedłem zająć sobie dobre miejsce na Bardo Pond. Wydaje mi się, że Mazzy Star dużo lepiej by zabrzmiało w jakimś zamkniętym pomieszczeniu na koncercie "siedzącym".

    Dominique Young Unique - Po tym jak usłyszałem, że to trochę w stylu Azeali Banks ucieszyłem się. Poszedłem do namiotu, ustawiłem się w tłumie a tu wylazła jakaś laska z krzkliwym, nieprzyjemnym głosem, śpiewająca do podkładu z magnetofonu. Ulotniłem się po dwóch kawałkach.

    ----------------K O N I E C T R A N S M I S J I----------------------