Znudzony młody "bioetyk" zamarł na krześle w prawie pietycznej pozie ze swym telefonem w objęciach. Język miał cały pokrwawiony od powstrzymywania się - wąska czerwona strużka dowodziła wszem i wobec, że jednak coś jeszcze myśli i czuje. Maziając palcem po ekranie próbował sobie co nieco poukładać w głowie, ale bez większych rezultatów.
A jeszcze nie tak dawno chciał stanowić różnicę dla świata. Był przecież dobry z algebry - z łatwością odejmował zło od dobra, mnożył cnoty, dzielił na prawych i lewych. Dodając kolejne wyjątki musiał jednak najwidoczniej zgubić rachunek.
Od usłyszanych tego dnia poglądów, z którymi kiedyś tak żywiołowo pewnie by polemizował, aktualnie bardziej raziło go wiosenne słońce. Frustracja budziła się w nim ostatnio tylko wtedy, gdy trzeba było po raz kolejny sortować skarpetki, przerzucać nie swojego jaśka na drugą stronę łóżka lub zmywać naczynia pod zepsutym wciąż kranem.
Świata nie chciał zbawiać już od dawna. Ba, nawet i bliskich mu ludzi nie próbował zbawiać od dłuższego czasu. …